Przepraszam, że nie kochałam Cię tak mocno…
Moja historia depresji poporodowej
Niektórzy myślą, że miłość do dziecka pojawia się od razu, że przychodzi jak fala i zalewa wszystko, zostawiając tylko zachwyt, wzruszenie i to poczucie, że oto zaczyna się najpiękniejszy czas w życiu. Ja też tak myślałam. I może właśnie dlatego tak bardzo się przestraszyłam, kiedy zamiast tej fali pojawiła się cisza.
Pamiętam momenty, w których patrzyłam na Ciebie i czułam głównie zmęczenie, lęk i pustkę. Towarzyszyło temu ogromne poczucie winy, bo w głowie cały czas miałam myśl, że tak nie powinno być, że matka powinna czuć więcej, mocniej, piękniej, że to przecież ten czas, kiedy serce pęka ze szczęścia. A ja zamiast tego próbowałam po prostu przeżyć kolejny dzień.
Przepraszam, że nie kochałam Cię tak mocno, jak mówią, że matka powinna. Nie dlatego, że nie chciałam albo że tej miłości nie było, ale dlatego, że byłam w depresji poporodowej, o której wtedy jeszcze niewiele rozumiałam i której bardzo się wstydziłam.
Dziś wiem, że depresja poporodowa nie zawsze wygląda jak płacz i rozpacz. Czasem wygląda jak funkcjonowanie. Jak wstawanie rano, karmienie, przewijanie, usypianie i robienie wszystkiego dokładnie tak, jak „trzeba”, tylko bez czucia, bez radości i bez siebie. Jak ciało, które działa automatycznie, i głowa, która skupia się wyłącznie na tym, żeby dotrwać do wieczora.
Na to wszystko nałożyła się ogromna presja po porodzie, która pojawia się niemal natychmiast, zanim kobieta zdąży dojść do siebie fizycznie i emocjonalnie. Nagle każdy patrzy, każdy ma zdanie, każdy wie lepiej, a każde potknięcie staje się dowodem na to, że „nie ogarniasz”. Bardzo chciałam temu sprostać. Chciałam być dobrą mamą, taką, która się nie myli, która daje radę, która jest spokojna, wdzięczna i poukładana. Przez to żyłam w ciągłym napięciu i poczuciu, że jestem oceniana.
Czułam się tak, jakby ktoś obserwował każdy mój ruch, jak w zoo — jak trzymam dziecko, jak je karmię, jak je uspokajam, jak reaguję, jak wyglądam i jak powinnam robić to wszystko inaczej. Im bardziej starałam się spełniać oczekiwania, tym bardziej oddalałam się od siebie i od tego, co naprawdę czułam.
W moim doświadczeniu najtrudniejsze było to, że czasem największa presja przychodziła od osób, od których najbardziej potrzebowałam wsparcia — od mojej mamy i teściowej. Piszę to bardzo ostrożnie, bo to jest moja historia i moje przeżycie, a nie oskarżenie i nie prawda o wszystkich rodzinach. U mnie jednak nawet dobre intencje, rady i komentarze potrafiły dołożyć ciężaru, którego już nie miałam siły unieść.
W takim stanie bardzo łatwo uwierzyć, że coś jest ze mną nie tak, że jestem złą matką, że inne kobiety radzą sobie lepiej, a tylko ja nie umiem kochać tak, jak powinnam. Bardzo łatwo pomylić chorobę z własną porażką i uwierzyć, że brak dostępu do uczuć oznacza brak miłości.
Dziś wiem, że depresja poporodowa nie jest brakiem miłości. Jest stanem, w którym miłość nie ma dostępu, jakby została przykryta gęstą mgłą, zmęczeniem i przeciążeniem układu nerwowego, który nie ma już z czego dawać. Jest też ogromną samotnością, nawet wtedy, gdy wokół jest pełno ludzi.
Wiem również, że to, co wtedy dawałam, było moim maksimum na tamten moment, nawet jeśli nie wyglądało jak z obrazka ani jak z opowieści, które tak często słyszymy. Czasem miłość jest bardzo cicha, czasem jest tylko trwaniem i kolejnym przeżytym dniem, ale to wciąż jest miłość.
Jeśli jesteś w podobnym miejscu, chcę Ci powiedzieć jedno: nie musisz się wstydzić tego, co czujesz i nie musisz się tłumaczyć. To, co przeżywasz, ma prawo istnieć. A Ty nie jesteś gorsza dlatego, że jest Ci trudno.
Miłość wraca. Czasem powoli, czasem inaczej, niż się spodziewałyśmy. I bardzo często zaczyna się od tego, że ktoś wreszcie zobaczy, jak bardzo Ty też potrzebujesz opieki.



